Jestem Twoim lustrem  weneckim,
więc możesz zobaczyć więcej
niż patrząc swoimi oczami!

Wiesz już, co sobą oferujesz? Jaką wartość stanowisz dla związku? [klik]

Więc pora na najważniejszy kontrakt Twojej codzienności.

Pamięć ludzka bywa zawodna.

Podobno jest wiele gigantycznych kontraktów, których warunki były ustalane nad szklaneczką whiskey. Do tego często była to szklaneczka siedemnasta, więc wszystko było, jak się to popularnie mówi „na gębę”. I nawet jeżeli ktoś z dogadujących się ma przy sobie pióro, to raczej służyło ono jako mieszadełko do drinków.

Tylko jak myślicie, czy cokolwiek z tak dogadanych rzeczy wejdzie w życie „na gębę”? Otóż nie. Poważny kontrahent wie, że papier to święta rzecz, musi być, by nie było rozczarowań i rozbieżności zapamiętanych ustaleń.

 

Dlatego warto ten element wprowadzić do naszego związku.

Kontrakt, umowa, przelanie na papier pewnych regulacji. Działanie to, spopularyzowane ostatnio przez film „50 twarzy Greya”, było i jest stosowane z powodzeniem od dziesięcioleci wśród osób z górnych sfer społecznych. Pod postacią wielostronicowych kontraktów ślubnych, jak również nieco mniejszych, podpisywanych natychmiast, kiedy dwoje ludzi postanawia się wzajemnie bliżej poznać, kryją się, często zaskakujące zwykłego śmiertelnika, zagadnienia. Wbrew pozorom umowy te nie są wyłącznie intercyzami chroniącymi rodowe majątki zakochanych ludzi, zdecydowana większość określa wzajemne relacje i zachowania w niemal każdym zagadnieniu życia małżonków.

Jest to działanie wynikające ze świadomości i zapobiegliwości, ludzi skutecznie zarządzających sobą w otaczającej rzeczywistości. I tak samo, jak dobrze zarządzają oni swoimi fortunami, tak potrafią dobrze zarządzać swoimi związkami.

- Miłość to nie kontrakt a ukochana osoba to nie ktoś z ulicy, komu nie można ufać! – zakrzykniecie – to takie wyrachowane! Gdzie tu pasja! I może jeszcze mamy pocałować się po podpisaniu?

A i owszem. Wskazany nie tylko buziak, ale i płomienny seks na zakończenie formalności 😉

Pamiętaj, nie mówimy tu o randkowiczach, tylko o tych parach, które dążą do wspólnej przyszłości, i składają sobie deklaracje, aby stworzyć coś więcej, a nie, by tylko zaciągnąć kogoś do łóżka.

Mówimy też o długoletnich parach, które zmęczone są już walką o dotrzymywanie obietnic, o role w rodzinie, w których kokieteryjne stwierdzenie „naprawdę? Nie pamiętam, żebym coś takiego obiecywał/a” nie wywołuje już śmiechu i wojny na poduszki, ale ból, żal, wściekłość i fruwające obelgi, tudzież przedmioty różne.

Jest to też świetne rozwiązanie dla związków nieformalnych, ale przede wszystkim, taką umowę powinni spisać… przyszli małżonkowie.

Ciekawi mnie, ile osób naprawdę przeczytało dokumenty ślubne, i zastanowiło się głęboko nad słowami przysięgi? Przyznaję się bez bicia, że sprawdziłam poprawność naszych danych i podpisałam we wskazanym miejscu, ale założę się, że nie ma tam regulacji dotyczących spraw codziennych.

Oczywiście nie trzeba iść od razu do prawnika i przekładać całego życia na papier, rzeczy nieistotne pomińmy a oczywiste zapiszmy i tak. Zapisanie paragrafu o dochowaniu wierności, działa lepiej niż samo zakładanie, że monogamia i miłość “to przecież oczywiste”. Kiedy twój partner notorycznie zostawia brudne skarpetki na blacie w kuchni, też śmiało możesz zaproponować dopisanie takiej regulacji do umowy. Obiecajcie sobie, że każdego roku spędzacie przynajmniej dwa weekendy sami, w hotelu, z wyłączonymi telefonami, bez telewizora, choćbyście byli właśnie w stanie wojny totalnej - brawo! Im więcej takich zapisów, tym lepiej dla Waszego związku. O ile oczywiście, będziecie umowy dotrzymywać 🙂

A skoro już o wojnach mowa, w następnej części dowiecie się, dlaczego trzeba się czasami kłócić, i jak robić to mądrze.

Let us flow...

Dominika Cwynar

Mentor - coach
Psychoedukator
Terapeuta zajęciowy

 

No Comments Yet.

Leave a comment